Kiedy pełzam, jestem wolny

Andrzej miał być rośliną. Leżeć, patrzeć w sufit i robić pod siebie. – Niech lekarz, który kiedyś tak mówił przyjdzie, popatrzy na niego i powie mu to w oczy. Jestem pewny, że nie będzie miał odwagi – mówi jego przyjaciel Piotrek, patrząc jak Andrzej na macie… robi pompki
Andrzej wjeżdża na salę klubu „Czarni” Bytom na elektrycznym wózku, który w części kupili mu jego koledzy z klubu. Kosztował 18 i pół tysiąca, ale PFRON dawał tylko część. 16 lat Andrzej, jak mówi Piotr Sadowski, jego ojciec jeździł na wózku o napędzie „tatowym”. Kiedyś był uzależniony od obcych rąk, teraz, dzięki wózkowi i sąsiadowi, który z dobroci serca wyłożył na schodach do bloku dwie szyny, na spacer z psem wychodzi, a raczej wyjeżdża sam. Wiele rzeczy robi sam.

Największa kara

Andrzej zgrabnie parkuje przy macie. Koledzy już biją się pasami po grzbiecie, co w języku dżudoków oznacza rozgrzewkę. To marzenie Andrzeja, które nigdy się nie spełni. Bieganie. Rzut ojcowskiego oka na nogi Andrzeja.
– Nie napinaj się – strofuje syna Piotr Sadowski. Ale to z ekscytacji. Andrzej czeka na trening cały dzień. Największą karą jest dla niego zakaz przyjścia do klubu. Decyduje ojciec.
– Może było tak dwa razy – przypomina sobie Sadowski. – Kiedy był niegrzeczny, groziłem że dzisiaj siedzi w domu. Argument działa zawsze. Od razu stawał się potulny jak baranek. Wiele razy musiałem odwołać zakaz i go zabrać z sobą.
Dżudo to japońska sztuka walki. Jej filozofia to pokonać przeciwnika, poprzez ból zmusić go do uległości. Historia Andrzeja to filozofia dżudo. Bo żeby pokonać przeciwnika (paraliż, choroba, niepełnosprawność), trzeba włożyć swój osobisty wysiłek i pokonać ból własnego ciała, które trzeba sobie podporządkować. Do wszystkiego potrzeba wytrwałości. Andrzej o tym wie.

Na macie

Andrzej Sadowski, Kiedy pełzam jestem wolny 2Piotr Sadowski wypina Andrzeja z wózka. Z wysiłkiem podnosi na barki, ściąga spodnie, koszulkę, buty. W 30 sekund Andrzej, rosły 17-latek jest już w dżudodze. Ojciec delikatnie rzuca syna ma matę. Chłopak promienieje. Jest w swoim żywiole. Pełza po macie, podskakuje na rękach, które są mocniejsze od sparaliżowanych nóg.
– Znam go od kilku lat i nadal jestem pod wrażeniem tego faceta – mówi z niedowierzaniem Piotrek, były gospodarz klubu. Rok temu wyemigrował za dziewczyną do Kluczborka. Dzisiaj przyjechał, cały dzień czekał aż przyjaciel przyjdzie, a raczej zjedzie do klubu. – No Andrzej, pokaż pompki, albo brzuszki – zachęca.
Andrzej jakby na to czekał. Pompuje na rękach ile sił. Raz, dwa, raz dwa – sekunduje Piotrek. Wbrew silnemu napięciu mięśni, niewykształconym biodrom i lekarskim diagnozom.
Na widowni tłumy. Rodzice, kibice, koledzy zawodników. Nikt nie pokazuje na chłopaka palcem, nie szepcze po kątach. Wszyscy znają Andrzeja. Od kilkunastu lat tu przychodzi, prawie dzień w dzień.

Na przekór losowi

Andrzejek urodził się z porażeniem mózgowym. Były komplikacje przy porodzie, inne czasy w medycynie, inne możliwości w szpitalach.
– Teraz zrobiliby cesarskie cięcie i byłoby po sprawie – Piotr Sadowski zamyśla się. – Nawet teraz oddałbym własne zdrowie, żeby tylko syn był zdrowy.
Ojciec przynosił Andrzejka na treningi od urodzenia. Jakby na przekór złemu losowi i lekarzom. I nie ma racji, ten kto mówi, że to nie miało znaczenia.
– Miał przyjmować i wydalać – wspomina wyroki lekarzy. – Ale myśmy się z żoną zawzięli. Od trzeciego tygodnia Andrzej był rehabilitowany. Zjeździliśmy całą Polskę. Konsultacje u specjalistów, w domu ćwiczenia. To zasługa żony.
Na treningach Andrzejek miał się ruszać. Po prostu jak najwięcej ruszać. Nogą, ręką, biodrami, czym się da. Pokonać sparaliżowane, spięte mięśnie do granic ich możliwości i bólu.

Pokonał wstyd kalectwa

Zasługą ojca jest to, że Andrzej nie siedzi w domu przed telewizorem, nie maluje widoczków na warsztatach terapii zajęciowej żeby nie zwariować. Że jest dżudoką, że ma kolegów, że w ogóle nie boi się ludzi jak inni w jego sytuacji. Co najważniejsze – że pokonał wstyd kalectwa. Piotr Sadowski z uśmiechem: – Na randki zaczyna chodzić. I krem do golenia zaczął mi podbierać.
Z tym judoką to może to ocena trochę na wyrost, ale tutaj nikt tak nie myśli. Ma 3 kyu, zielony pas. Honorowo. – Andrzej robi rozgrzewki, jest pomocnikiem trenera. Ma posłuch u wszystkich. Każdy docenia to co robi na miarę swoich możliwości – zdradza przyjaciel.
Andrzej czołga się po macie. Robi mostki, brzuszki, z kolegą siłuje się i w końcu rosły Marcin ląduje na łopatkach. Szczęśliwy, wyzwolony z wózka. Z kropelkami potu na czole pokonuje całą salę.
– Jeszcze nie widziałem żeby ktoś w jego sytuacji tak po macie zasuwał. A trochę dzieciaków z paraliżem wdziałem – mówi ojciec.
Andrzeja znają zawodnicy z całej Polski. Jeździ z ojcem na zgrupowania, zawody.

Andrzej potrafi

Zenon Mościński, trener dżudo i koordynator 25 lat temu przyjmował do klubu ojca Andrzeja, potem jego samego. – Myśmy się od niego też wiele nauczyli – przyznaje. – Że niepełnosprawność to coś całkiem normalnego, że współczucie czy litość to nie to, że ludzie tacy jak Andrzej tego od nas nie potrzebują. Wie pani, jaka ambicja się w nim wyzwala? On ma siłę jak koń.
Gdyby nie ojcowski upór Andrzej miałby już skoliozę. Nie potrafiłby sam usiąść, nie mówiąc już o najprostszych życiowych czynnościach. A tak? Sam myje zęby. Potrafi się rozebrać (gorzej z ubieraniem), wykąpać pod prysznicem, sam zjeść i w miarę nie nachlapać. Jak dla człowieka z wyrokiem życia jak roślina to sukces.
Andrzej potrafi też sam wstać, np. po szczebelkach na sali gimnastycznej. Normalny, zdrowy człowiek nie jest w stanie zrozumieć jaka to radość, jaka satysfakcja. To tak jak wejść na Giewont bez zadyszki.
Zenon Mościński twierdzi, że Andrzej zobaczył najwięcej filmów o dżudo. – Więcej niż my wszyscy razem wzięci – śmieje się. – Chłopak kocha ten sport. Zna techniki, ma dużą wiedzę.
Andrzej ma marzenia. Chciałby wystąpić na paraolimpiadzie w dżudo. Chciałby być, jak ojciec trenerem. – Nikt mu tej nadziei nie odbiera. Motywacja w sporcie jest najważniejsza – mówi ojciec.


Opublikowano za zgodą Pani Izabelii Kacprzak
Kiedy pełzam , jestem wolny, Kacprzak Izabela (Dziennik Zachodni)
data: Piątek, 7 października 2005r., źródło: http://www.dz.com.pl
Posted Under
Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *