„Wciąż jestem tym samym, głodnym walki i sukcesu „juniorem”- wywiad Tomasza Kowalskiego.

„Wciąż jestem tym samym, głodnym walki i sukcesu „juniorem”, teraz tylko z nieco większym doświadczeniem.” – wywiad z Tomaszem Kowalskim
żródło: tylkoigrzyska.pl
Tomasz Kowalski na niedawno zakończonych ME w Czelabińsku, po bardzo dobrym występie zdobył srebrny medal w kategorii do 66kg. Teraz przygotowuje się do Igrzysk Olimpijskich w Londynie, gdzie będzie jednym z kandydatów do wywalczenia jednego z olimpijskich krążków. W międzyczasie odpowiedział na kilka pytań dla naszego portalu.

Medal z Czelabińska jest dla Ciebie drugim medalem seniorskich ME w karierze. Pierwszy zdobyłeś w 2009 roku, jak się zmieniłeś jako judoka od tego momentu?

TK: Mimo, iż jest to analogiczny wynik, moje judo i ja sam sporo się zmieniliśmy. W 2009 roku ledwo co wyszedłem z wieku juniorskiego, zatem myślę, że od tego czasu zebrałem sporo doświadczenia. Co prawda miałem już na swoim koncie poważne wyniki (jak na przykład tytuły Mistrza Europy juniorów czy młodzieżowców, albo chociażby wygraną w prestiżowym turnieju o puchar Jigoro Kano), jednak do Tbilisi jechałem jako debiutant, raczej z iluzorycznymi szansami na medal. Oprócz braku doświadczenia, mój stan zdrowia również nie nastrajał optymistycznie. Wiedziałem, że jadę z uszkodzonym barkiem, i że zaraz po tych zawodach przejdę operację. Jednak tamten medal umocnił mnie w przekonaniu, że mogę bić się o najważniejsze cele, a także sprawił, że powrotu do sportu oczekiwałem zarówno z nadzieją, jak i pewnymi oczekiwaniami. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale kwalifikacja olimpijska, cel zdecydowanie nadrzędny, była w moim mniemaniu możliwa. Dlatego ciężko pracowałem na rehabilitacji, ale także oglądałem i analizowałem różne rozwiązania techniczne, które mogłem spokojnie doskonalić po wznowieniu lekkich treningów. Także od tego czasu trochę dojrzałem i stałem się nieco bardziej świadomym zawodnikiem, myślę również, że poprawiłem technikę. Oczywiście do tego doszedł rozwój masy mięśniowej, związany z treningiem motorycznym. Dlatego jestem teraz troszeczkę innym zawodnikiem, ale pewne rzeczy się nie zmieniły – wciąż jestem tym samym, głodnym walki i sukcesu „juniorem”, teraz tylko z nieco większym doświadczeniem.

Czy będziesz powtarzał manewr ze zgrupowaniem w Japonii i czy planujesz jakieś starty przed igrzyskami, ponieważ cały czas masz szanse na rozstawienie w czołowej ósemce podczas igrzysk?

TK: Eliminacje olimpijskie zakończyły się wraz z mistrzostwami kontynentów, w naszym wypadku europejskimi. Także sytuacji rankingowej już nie poprawię. Ale pewnie jakiś start kontrolny jeszcze zaliczymy, żeby sprawdzić w jakim momencie przygotowań jesteśmy. Wyjazd do Japonii, jako że wszystko wskazuje na to, iż był w bardzo zasadny i kluczowy w dobrym przygotowaniu do Mistrzostw, najprawdopodobniej zostanie powtórzony.

Jak to jest na treningach z japońskimi mistrzami? Pokazują wszystkie swoje sztuczki, czy jednak ukrywają jakieś techniki przed Tobą.

TK: No cóż, na wyjazdach do Japonii głównym punktem programu są walki treningowe. Sytuacje, kiedy jakiś mistrz coś pokazuje są niezwykle rzadkie. Dlatego najwięcej zyskujemy, zbierając doświadczenie w randori (walka szkoleniowa). Będąc świadomym i otwartym na niuanse najwięcej się zyskuje. Do tego dochodzi obycie i doświadczenie w walce. Najczęściej jakichś nowych rozwiązań (zarówno ataków, jak i metody obrony przed konkretną techniką) uczymy się analizując materiały szkoleniowe, a także zapisy wideo walk topowych zawodników. Jednak na uniwersytecie w Tsukubie zdarza się, że jakiś starszy, bardziej doświadczony zawodnik coś podpowie. Tamtejsza kultura i dyscyplina powodują, że niektóre treningi (obfitujące w świadome doskonalenie własnej techniki i walki sparingowe) odbywają się bez trenerów! Ale sporo można nauczyć się oglądając zajęcia młodszych grup wiekowych. Dlatego najlepszą drogą jest bycie świadomym, otwartym na te kluczowe szczególiki, a do tego poszukiwanie zewnętrznej wiedzy.

Przed mistrzostwami z Twoim barkiem nie wszystko było w porządku, jak to wygląda po ME?

TK: Na ten moment niewiele się zmieniło. Bark najprawdopodobniej wymaga interwencji medycznej, która z kolei pociąga za sobą około czterech-sześciu tygodni przerwy. Jednak poza dolegliwościami bólowymi, jego stan nie powinien już się pogarszać, dlatego wszelakie próby „naprawienia” tego stawu rzeczy przenieśliśmy na okres wypoczynku i rekonwalescencji po igrzyskach, a teraz skupimy się na ograniczeniu bólu, tak aby ta drobna kontuzja jak najmniej przeszkadzała w procesie treningowym.

W finale ME przegrałeś z Alimem Gadanovem. To Twoja czwarta porażka z tym judoką, ale tym razem było już naprawdę blisko. Czego zabrakło w Czelabińsku i czy już wiesz co zrobić, aby pokonać go na przykład w Londynie?

Była to moja najlepsza jak dotąd walka z Alimem, faktycznie byłem dość blisko odniesienia zwycięstwa, chociaż poprzednie również były wyrównane – kończyły się dogrywkami, bądź w samej końcówce podstawowego czasu. Wykonałem kilka dobrych prób, ale potem, wraz z narastającym zmęczeniem, moje ataki stały się nieco niechlujne, czułem też że raczej nie uda mi się wygrać przez wskazanie sędziowskie. Musiałem jeszcze naciskać, ale wtedy przyszła chyba chwilka dekoncentracji i Rosjanin to wykorzystał. Gadanova najprawdopodobniej zabraknie na Igrzyskach (rosyjscy trenerzy raczej postawią na Mogushkova), a start olimpijski będzie pewnie moim ostatnim w kategorii do 66 kilogramów, bardzo więc możliwe, iż już nie uda mi się mu zrewanżować.

Polska zdobyła 4 medale ME w Czelabińsku. Teraz pora zdobyć chyba medal olimpijski, jak oceniasz szanse swoje i kolegów oraz koleżanek z reprezentacji?

TK: Medal z igrzysk potrzebny jest całej naszej dyscyplinie, dlatego to zdecydowanie pora na wywalczenie go. Zmagania olimpijskie na pewno będą trudnym turniejem, ale chyba łatwiejszym, niż np. mistrzostwa świata czy niektóre Wielkie Szlemy – może tam startować tylko jeden zawodnik z każdego kraju. Jeśli prześledzić historię pojedynków naszej kadry z topowymi zawodnikami rankingów – szanse medalowe są. Jednak podobno igrzyska olimpijskie rządzą się swoimi prawami, także tam może wydarzyć się w zasadzie wszystko.

Podczas ME bardzo dobrze prezentowałeś się w końcówkach walk, chociażby w pojedynku z Draksicem decydującą akcję przeprowadziłeś 15 sekund przed końcem. Widać, że jesteś mocny psychicznie i „nie pękasz” w trudnych sytuacjach. Jak do tego doszedłeś?

TK: Myślę, że to z racji mojego stylu walki – jestem raczej zawodnikiem o dobrej wytrzymałości, a nieco słabszej mocy, dlatego punktuję raczej pod koniec walki, kiedy mój przeciwnik jest bardziej zmęczony, niż ja. Oczywiście nie zawsze się to udaje, a i mi zdarza się zaskoczyć wcześniej. Zawsze jednak staram się walczyć do końca, więc czasem udaje mi się rozstrzygać na swoją korzyść walki, w których najpierw przegrywam na punkty.

Podczas przygotowań do ME wiele mówiło się, że związek nie jest zachwycony, że trenujesz poza kadrą. Czy te pogłoski są prawdziwe i jak odbierasz pomoc związku w przygotowaniach?

TK: Podobno, bo tak wyczytałem w wywiadzie z jednym z członków zarządu, pełniącym nota bene funkcję pełnomocnika PZJ do spraw przygotowań olimpijskich, a z którym to nie miałem żadnego kontaktu – „cały szkoleniowy wysiłek polskiego dżudo w okresie ostatniego czterolecia skumulował się w tylko jednej osobie – Tomasza Kowalskiego”, zatem chyba nie powinienem narzekać. Z drugiej jednak strony – w tymże ostatnim czteroleciu miałem ponad rok przerwy spowodowanej kontuzją, a potem często byłem wysyłany na zawody i obozy za klubowe pieniądze (m.in. ME w Stambule, dwukrotnie Japonia czy Grand Prix Chin), zatem do końca nie wiem gdzie ten cały szkoleniowy wysiłek. W przypadku przygotowań do tegorocznych ME sprawa miała się podobnie, prezes obiecywał wszelaką pomoc, pieniądze na potrzebne wyjazdy, indywidualne plany szkoleniowe – jednak kiedy zasygnalizowałem potrzebę wyjazdu do Japonii – okazało się, że nie realizuję planu szkolenia centralnego. Do Japonii ponownie pojechałem za pieniądze klubowe, chociaż do końca nie było wiadomo czy znacznej części nie będę musiał pokryć z własnej kieszeni. Na szczęście wyjazd okazał się być zasadny, a mi udało się dobrze powalczyć na mistrzostwach, aż strach pomyśleć jaką anatemą mógłbym zostać objęty, gdybym odpadł w eliminacjach. Mam jednak nadzieję, że cała ta sytuacja to tylko splot niefortunnych okoliczności i nieporozumień, i że dalsze przygotowania olimpijskie będą już przebiegać w lepszej organizacji i atmosferze.

Na koniec chciałbym Cię zapytać o Twoje początki w judo. Jak trafiłeś do tego sportu?

TK: W wieku siedmiu czy ośmiu lat na treningi judo przyprowadził mnie tata. On sam był kiedyś bardzo dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, jednak choroby, a także trochę późny start (na matę przyszedł będąc już kilkunastolatkiem) pokrzyżowały jego marzenia o walce o najwyższe cele. Jednak to właśnie jego puchary i medale, które fascynowały mnie, gdy byłem mały, i które ustawiałem na półkach w swoim pokoju, a także fakt, że to on wprowadził mnie do dojo spowodowały, że jego przygoda z judo wciąż trwa i jest dla niego poniekąd satysfakcjonująca. I chociaż zawsze mnie wspierał, i nadal efektywnie to robi, nigdy nie przelewał swoich ambicji na mnie, nie wywierał presji treningu – powtarzał raczej „pokazałem ci to, co kiedyś stanowiło moją drogę życia, co sprawiało mi przyjemność, ale sam musisz zdecydować czy to sport dla ciebie”. Zadecydowałem. Z perspektywy czasu oceniam, że chyba dobrze, że nie zaraził mnie inną swoją pasją – wędkarstwem :).

Rozmawiali Adrian Macielak oraz Dominik Mąka

Posted Under
Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *